Dzisiaj także nie mogłam przejść obojętnie obok tych pięknych, fioletowych gałązek…
Kiedy wiem, że czeka mnie długi i męczący dzień, moje śniadanie musi składać się z jakiejś jajecznej potrawy. Może to być jajko na miękko, jajecznica lub pasta jajeczna… Jednak nie da się wszystkiego przewidzieć. Tak też było dzisiaj. Pobudka 6.30, twarożek, sześć godzin w pracy, podwójne espresso, środek dnia, pora obiadu, a ja ledwo utrzymuję się na nogach. Jak już wspomniałam była pora obiadowa, a więc…
…wbrew ogólnemu przekonaniu, że jajka jada się tylko na śniadania, po powrocie do domu, postanowiłam zrobić omlet. Podsmażyłam na patelni suszone i świeże pomidory, paprykę oraz cebulę. W misce wybełtałam jajka z odrobiną mleka, żeby nadać im puszystości. Pokroiłam wędzonego łososia, resztki koziego sera, gorgonzoli i dużo zieleniny. Paulina musiała zwęszyć ten jajeczny spisek i nim zdążyłam dokończyć dzieło pojawiła się u progu drzwi. Dodałam więc więcej składników, a oto jaki był efekt tej jajecznej improwizacji.
Wersja z awokado...
Wersja z gorgonzolą...
Oczywiście obydwa talerze zaraz po sesji zdjęciowej zostały zalane hektolitrami ketchupu, ale kto z Was nie zna tego idealnego połączenia :)
Smacznego!
powiew wiosny :)
OdpowiedzUsuń