Wszystko zaczęło się, kiedy byliśmy jeszcze mali… Nasze ukochane babcie, mamusie i ciocie próbowały, najczęściej siłą, przekonać nas, że jedzenie kaszy jest zdrowe. Niestety zapominały przy tym, że a) nie lubimy, jak nam się coś wmusza i b) myślimy, że „zdrowe” oznacza „niedobre”. Przypuszczam więc, że właśnie stąd wzięło się powszechne zniechęcenie tak wielu osób do kasz.
Pisząc tego bloga wyznaczyłam sobie pewien cel. Mianowicie chcę pokazać Wam, jak jadało i jada się kasze w mojej rodzinie. Tym samym spróbuję udowodnić Wam, że odpowiednie przygotowanie potrafi zdziałać cuda. A być może ostatecznie przekonam Was, że „kasza” faktycznie jest zdrowa, a „zdrowa” wcale nie musi oznaczać ”zła”.
Gotując kasze popełniamy jeden zasadniczy błąd. Traktujemy je jako substytut ziemniaków, bądź jako bezpłciowy dodatek do „kotleta”. Ja chcę byście spojrzeli na kaszę z innej strony. Byście zobaczyli w niej potrawę samą w sobie. Bogatą w składniki odżywcze i minerały. Doskonałą na zimno i gorąco. O każdej porze roku i dnia. Słodką bądź wytrawną. Z sosem albo bez.
Idealny polsko-włoski mix, czyli kasza jęczmienna z zielonym Pesto. Nie byłabym sobą, gdybym zrezygnowała z okazji do zjedzenia sałatki warzywnej z ulubionym sosem miodowo-musztardowym.
Od kilku lat przemysł spożywczy stosuje politykę ułatwiania życia konsumentom. Na sklepowych półkach znajdziemy rozmaite „dania na patelnię”, mrożonki, łuskane pestki, zupy w woreczkach, posiekane warzywa… Jednak najbardziej drażni mnie porcjowanie i pakowanie kasz do plastikowych saszetek. A co z masłem?! A co z mieszaniem?!
Nigdy nie godzę się na takie bezczelne pozbawienie mnie przyjemności oglądania jak kostka masła, topiąc się leniwie, „ozłaca” powoli wszystkie ziarna. Dlatego też ignoruję zalecenia producenta i zawsze ochoczo rozrywam torebkę, a potem nasłuchuję, jak dopiero co uwolnione ziarna uderzają wesoło o dno naczynia.
Już jako mała dziewczynka sporo kręciłam się po kuchni podczas gdy babcia lub mama szykowały obiad. By zapobiec jakiejś kuchennej katastrofie, dawano mi miskę z kaszą, którą musiałam kilka razy opłukać i przebrać. Dzisiaj również, jeżeli mam troszkę więcej czasu, staram się obmywać ziarna pod bieżącym strumieniem wody, co po ugotowaniu daje bardziej sypki efekt.
Co najważniejsze, oprócz dużego wyboru rodzajów kasz pod względem smaku, koloru i faktury mamy również niemałą różnorodność w ich zastosowaniu. Możemy je znaleźć w zupie, na talerzu obok mielonego, zalane mięsnym gulaszem albo mlekiem. Jednak podczas ostatnich poszukiwań kulinarnych inspiracji natknęłam się na coś „nowego” - ( a może raczej zapomnianego?) - przepis na placki z kaszy gryczanej. Przyznaję, że nie mogłam się doczekać końcowego efektu tej gryczanej przemiany.
Tradycyjnie nie obeszło się bez małej modernizacji dania, dzięki czemu obiadek wyszedł naprawdę wyśmienity! No i jaki zdrowy!
"Niech rozsądzi nas kapusta!" / "Co, kapusta?! Głowa pusta?!"
Smacznego!
kto by pomyślał, że kasza może przynieść tyle radości .... ochoczo rozrywam torebkę, a potem nasłuchuję, jak dopiero co uwolnione ziarna uderzają wesoło o dno naczynia. .... od dzisiaj ja też ochoczo będę ..... khhh
OdpowiedzUsuń